Minimalizm – wizytownik i inne historie z Szuflandii

Każdy dzień jest dobry na odgracanie. Zwłaszcza sobota przed majówką 🙂 I kiedy pada. Popijałam więc kawę i odgracałam szufladę z biurowymi rzeczami oraz karton z rzeczami szkolnymi chłopaków. To zadziwiające, ile rzeczy biurowych posiadam. Ile zdublowanych! Posiadam dwa dziurkacze z wysuwaną miarką, dwa dziurkacze bez wysuwanej miarki. To taki przykład mojego dawnego podejścia do materii 😉

Skąd mi się wzięły 4 dziurkacze? Ano z tego, że kupując chłopcom wyprawkę w imię sprawiedliwości kupowałam wyposażenie podwójnie. Zamiast nie kupować im dziurkaczy a jedynie wyposażyć dobrze jedną biurową szufladę. Jeden dziurkacz był mój, ale lekko się popsuł i zamiast naprawić kupiłam nowy. Nie wyrzuciwszy starego. Stary został naprawiony przez Męża. I oto w domu mam aż czteru dziurkujące dziurkacze. Żyć nie umierać z tego bogactwa.

W kartonie odkryłam farby plakatowe, plastelinę, papier kolorowy – wiadomo. To akurat może się jeszcze przydać. Od kilku lat nie robię wyprawki w stylu „podstawówka”, tyle się jednak zostało z tych dawnych wyprawek. Nadmieniam, że część już została porozdawana.

Na dnie biurkowej szuflady odkryłam dwa chińskie pióra, wiecie które. Tak, te właśnie. A do tego bardzo nowoczesne pióro Parkera, które zaraz zakosił Bartłomiej. Wszak idealnie wkomponowuje się do kieszeni koszul, które teraz codziennie nastolat nosi. Mało tego, zakrętka posiada dziurkę na jakiś troczek. Co zapewne Tygryski z Zespołem Aspergera lubią najbardziej. Bo to bardzo funkcjonalne jest. I do kieszeni się nada i na sznurku do szlufki przywiązać można. Oceny tego, co użyteczne powinnam uczyć się od syna.

A na dnie szuflady znalazłam wizytownik. Tak, takie coś z przezroczystymi koszulkami na wizytówki. Do tego w szufladzie kwitła drewniana szkatułka, w której leżakowała cała masa innych wizytówek, starych kart do bankomatu oraz innych ważnych niegdyś kartoników. Na przykład stare karty do biblioteki, które odtąd będą nam służyły za zakładki do książek, bo tego ostatnio mi … zabrakło 😉

Zaangażowałam Męża w minimalizowanie. Cały chyba szczęśliwy, że nie ma przy sobocie większych zadań tylko może wygodnie siedzieć i przeglądać wizytówki. Rany, po co komu wizytówki w dobie telefonów i internetu? Jednak zdecydowaliśmy się na zatrzymanie wizytownika. Zobaczymy, co dalej. Czy wystawiony na zewnątrz będzie się jedynie kurzył czy też nam coś ułatwi? Obstawiam, że nie będziemy do niego zaglądać.

Za to od ręki zutylizowałam notatnik z telefonami i adresami. Bardzo już nieaktualny. A także zeszyty i zeszyciki ze wspomnianej szuflady przewędrowały w miejsce, w którym się kartek szuka najczęściej. Zauważyłam, że odpowiednie miejsce to klucz do użytkowania. Pozbyłam się już tak większości napoczętych zeszytów, zostały zapisane listami zakupów i takimi innymi chwilowymi notatkami. Jeszcze trochę, to pozbędę się wszystkich zeszytów 🙂

Przede mną przegląd i temperowanie kredek i ołówków, starczy ich naszej rodzinie do końca życia. Nie wyrzucam, bo chciałabym spróbować odstresować się z kolorowankami. Nigdy mnie kolorowanie nie bawiło i chyba mam jakieś braki z dzieciństwa, skoro mnie to teraz ciągnie 🙂

Na koniec perełka 🙂 Wyhaczyłam cztery firmowe długopisy. Dawno, dawno temu sprzedałam kolekcję moich firmowych długopisów (400 sztuk) za stówkę. To było przed poznaniem minimalizmu (kto wie, może mnie już wtedy pociągało odgracanie?). Jako że długopisy całkiem, całkiem (wow, nawet Davidoffa, istne cacko), postanowiłam na nich zarobić i wystawiłam na OLX za 6 zł. Jak się nie uda, to trudno.

Na OLX mam powystawianych mnóstwo rzeczy i mam też plan. A mianowicie chciałabym dedykować uzbieraną kwotę na nową grę planszową DIXIT, oczywiście w wersji rozszerzonej, bo zwykle gramy w 6 osób. Nie zamierzam jej kupować wcześniej, zanim uzbieram, bo … Bo ćwiczę w ten sposób charakter. Na małych rzeczach się czołgam, na małych.  Zbieranie w ten sposób kasy wymaga naprawdę cierpliwości i uporu. Daje ogromną satysfakcję.  Tak kupiłam Rumikuba i wiem, co mówię 🙂 W końcu minimalizm jest dla mnie narzędziem: eliminowaniem zbędnego i zyskanie miejsca, zasobów na to, co ważne. A hyggowanie przy planszówce jest naprawdę… hygge 🙂