Moda na minimalizm

Siedzę sobie i prowadzę luźną rozmowę z synem. Tyle że u nas luźna rozmowa ma zupełnie inną jakość. Aspergerową. Jest odniesienie do nauki, logiki i zwykle jest szczerość do bólu. Czasem łzy, bo boli. Tym razem syn wytknął mi uleganie modzie. Modzie na minimalizm.

Rozmawiamy sobie luźno o tym i o tamtym. I zmierza to wszystko w niefajnym kierunku, w którym już przeczuwam, padną słowa o tym, że jak zwykle mam słabe argumenty, co gorsze –  może będą przykłady.

Już, już padają, więc pytam, czy naprawdę Synu nie mógłbyś powiedzieć czegoś miłego, przecież jest coś, czego cię nauczyliśmy…

Jest!

Syn mówi, że daliśmy mu podstawy. Nauczyłam go sztuki argumentacji. Już, już się cieszę, łza się w oku kręci, ale niestety.

– Jak ktoś, kto nauczył mnie używania argumentów, może być tak kiepski w ich dobieraniu?

No i jest tutaj przemowa, jak kiepska jestem w sztuce argumentowania.

Nie, na pewno jest coś, co według syna robię dobrze (prócz kotletów, choć tu też padło, że tata robi je lepiej ;))

– Świetnie piszesz!

Jeeeee…

– Tylko ulegasz modzie!

Modzie? Ja? W którym kurczę miejscu? No w szafie nie…

– No uległaś modzie na minimalizm. To przecież jest moda.

Ano uległam, bo mi to pomaga, ale minimalistką nie będę, bo w sumie lubię rzeczy. Po prostu pozbywam się tego, co nieważne, by mieć więcej czasu na to, co ważne lub na nowe rzeczy, które mnie rozwijają.

Uff, sprzedałam większość książek o minimalizmie, bo uznałam, że to trochę nie na miejscu jest mieć tyle książek o minimalizmie.

Ale lubię historie ludzi. Reportaże ostatnio… Zostały więc ze mną te książki, które prócz hasła „minimalizm” coś wnoszą,  sprawiają, że mogę powiedzieć, że po ich przeczytaniu już nic nie będzie jak przedtem.