Przeklinam – zyskuję?

Przeklinam w pracy. W domu – nie zdarza mi się.  W pracy – przesadzam. Pracuję nad sobą, dopadają mnie bowiem wyrzuty sumienia. Oto ja – polonistka, zapędziłam się tak daleko, że dzwoniący kolega mówi: wrzuć parę groszy do skarbonki. Tej, w której kiedyś zbieraliśmy w pracy kasę, tak, tej samej, która miała jasno określony cennik a nawet można było kupić abonament. Kolega nie wie, że skarbonka już nie hula. Ale w rozmowach ze mną często do niej  nawiązuje.

Pewnego dnia robiliśmy w pracy takie ćwiczenie (rodem z socjoterapii) – wpisywaliśmy sobie dobre słowa, to, co dobrego o kimś myślimy. Naczytałam się dobrego, ale też jedna z dobrych myśli brzmiała: jesteś jedyną osobą, w ustach której przekleństwa mnie nie rażą. Kubeł zimnej wody, a jak!

Znaczy przeklinam. W sposób aż zanadto zauważalny. Nie od czasu do czasu, od święta, od wielkiego dzwonu. Jadę z koksem bez opamiętania. Może nie jak kiedyś, bo teraz wstępniaka robię „wybacz, ale muszę, noż k***wa mać!”. Czasem myślę, że po prostu muszę, „inaczej się uduszę”.

Dzisiaj przy kawce czytam sobie nowy numer Zwierciadła. Czasem lubię zajrzeć do kolorowych gazet a Zwierciadło ma dobry stosunek treści do ceny. I czytam „Cud przeklinania”.

Otóż donoszę, że nie mam się czym martwić. Jeśli przeklinacie – też już nie musicie.  Brytyjski psycholog Richard  Stephens z Uniwersytetu w Keele ogłosił wyniki swoich badań podczas konferencji Brytyjskiego Towarzystwa Psychologicznego. Wynika z tych badań jasno, że osoby przeklinające osiągają lepsze rezultaty w zadaniach wymagających wysiłku fizycznego i intelektualnego.  A jeszcze wcześniej  psycholog dowiódł, że przeklinanie zwiększa tolerancję bólu.

No i jak tu nie przeklinać?