„Stara baba na studiach”, czyli o narracjach

Czasem przychodzi kryzys i wtedy myślę: „stara baba na studiach”.  Na co mi to? Nic z tego nie będzie! Nie uda się! Kanał. Jeśli tak masz, to zapraszam Cię do lektury. Jeśli rozważasz studia w późnym wieku, też Cię zapraszam, bo jak przychodzi gorszy dzień, to pojawiają się wątpliwości. Bądź na nie gotowa i rób swoje. 

Human narrans

Kilka słów w narracjach. Tym ostatnio żyję, bo to temat mojej pracy magisterskiej. Każdy z nas nosi jakąś opowieść o sobie. Ta opowieść wyrasta z opowieści innych ludzi wokół Ciebie, z całego kulturowego kontekstu, w którym dorastasz.

Najprostszy przykład: romans i już wiesz, jakie są składowe romansu, już możesz sobie w głowie układać opowieść, co się zdarzy. Mniej więcej. Wiesz to.

W Polsce, zauważ, mamy narrację kulturowo bardzo pesymistyczną, no bo cóż innego możemy mieć, kiedy czytamy w szkole np. „Dziady”? Do „Dziadów” nic nie mam, ba, uwielbiam, rzecz w tym, że kulturowo lubimy sobie pocierpieć.  Na kilometr wyczuwamy narrację amerykańską. Rozpoznajemy ten rys. Wszystko możesz. 

Jesteśmy dziećmi swoich rodziców, oni też noszą opowieści. Moi rodzice przeżyli wojnę. Nie dla nich rzucanie się na nieznane wody, dla nich ważne było bezpieczeństwo, stabilna praca (pewny był zawód sprzedawczyni – dla mnie; dla starszej siostry – zawód suwnicowej). Taka narracja: wielkie marzenia, phi, liczy się praca u podstaw, pewność, stabilność. Przypuszczam, że Twoja opowieść jest inna, bo moja mama miała 41 lat, kiedy mnie urodziła. Jestem z rodzeństwa najmłodsza. Znaczy rodzice już co nieco przeżyli z moim rodzeństwem. Kiedy pojawiłam się na świecie ich doświadczenia dały mi taką a nie inną narrację, w której wyrastałam. 

I mamy innych, z ich opowieściami. Z ich dziedziczonymi narracjami. 

Każdy nosi opowieść o sobie.

Zdarza się, że opowieści innych są niekompatybilne z naszymi. To z jednej strony lecznicze, kiedy w domu narracja nie sprzyjała Twoim planom, marzeniom. Można zyskać wzór. Z drugiej – może szokować, gdy Twoja narracja Ci sprzyja i zderzasz się z zupełnie inną opowieścią, która, cóż, nie współgra z Twoją.

Tak, jesteśmy human narrans. I natrafiamy na innych human narrans.

Polecam Tobie Sternberga i jego „Miłość jest opowieścią”. Ten psycholog uznał swoją trójczynnikową teorię miłości (namiętność, intymność, zaangażowanie) za niewystarczającą. Każdy z nas bowiem nosi opowieści i dopiero te opowieści dopełniają koncepcję miłości i tłumaczą np. dlaczego po rozwodzie wchodzimy znów w podobne relacje.

Nie ma gumki myszki, niczego nie wymażesz

No i jest haczyk.

Haczyk jest taki, że się nie zapomina tego, co było. 

Gdzieś z tyłu głowy opowieści tkwią „bazowe” opowieści. Budzą się demony (a przy niskim poczuciu własnej wartości budzą się, jak myślę, szybciej; a gdy się nagromadzi kropek nad i…).

Bo nie ma gumki myszki. 

„Stare” wychodzi, bo wiesz, nie da się usunąć ścieżek neuronalnych w mózgu. 

Niezależnie, czy mówimy o opowieściach, schematach, wzorcach… „bazowe” gdzieś z tyłu głowy jest. 

Pozytywne jest to, że narrację budujesz cały czas. Pod wpływem nowych doświadczeń. Zatem doświadczaj.

„Stara baba na studiach”

Przychodzi słabszy dzień, rozchwianie, kryzys. Menopauza.

Patrzysz  w lustro i widzisz odrosty na 2 cm, zmarszczki.  I wychodzi opowieść, która dodatkowo jeszcze ubarwię, udramatyzuję, no bo przecież trzeba dodać odrobinę dramatyzmu: „stara baba na studiach”. 

I narracja, dotąd tak optymistyczna, nagle ma zwrot. 

Że przecież gdzie takie studia na stare lata?

Że Ci odjebało. Mocno.

I nie daj Boże przyjdzie „zasmażka”, jakiś inny człowiek, z inną opowieścią i tym okropnym pytaniem „po co ci to?” albo wątpliwością: „że Ci się chce”.

Biologii nie zatrzymasz (menopauza, siwe włosy), wiadomo. 

Ale tak poza tym to wszystko jest OK. Musisz zwyczajnie robić swoje, bo jesteś … dewiantem. 

Kiedy żyjemy sobie w tych opowieściach, to największym problemem jest to, że są jakieś bardziej spopularyzowane opowieści. Mainstream. Co wypada, co nie, jak coś ma wyglądać. To się uelastycznia, ale wciąż są obszary, gdzie są dominujące opowieści.

Jak studia przed 50. 

Główna opowieść jest taka, że studia to raczej w młodszym wieku. Możesz nie mieć „poparcia” innych. Nie musisz, bo to Twoje życie. 

Budujesz narrację, rzeźbisz dla siebie, innych.

I inni się przyzwyczają. Przyjdzie moment, że nawet zobaczysz w ich oczach dumę. 

Tylko przetrwaj te cholerne kryzysy.

„Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę.”

                                                                                         J. Liebert

Co robię, by się podnieść z dołka?

Kiedy mnie dopada „stara baba na studiach”, to wracam do tego, co daje mi radość i idę w self-care.

Zanim to jednak nastąpi mam taki moment katatonii, włączam Netflix i oglądam, po raz kolejny, ten sam serial. Ten sam, bo myśli mogą spokojnie dryfować w kierunku „starej baby na studiach”, ale stają się jakby płytsze. Nie polecam tego sposobu, niezdrowy jest, nieadaptacyjny, ale jeszcze nie znalazłam sposobu, by przechodzić gładko do adaptacyjnych sposobów na „starą babę”. Rowerek nie pomaga. Czasem pomaga spacer, ale nie zawsze się udaje. A Netflix, ten jest dostępny zawsze.

Czasem idę w słuchanie smutnego Blunta. Albo Coldplay. Radiohead. Generalnie mojej funeral listy (tak, mam taką listę).

Kiedy już trochę się „odmóżdżę”, trochę wewnętrznie uciszę, zwyczajnie: robię swoje.

Co dokładnie?

  • inwestuję w zwykłe czynności – ścielę łóżko, kąpię się, zwyczajne życie (mam naturę bardzo depresyjną, więc pościelenie łóżka bywa w tych dniach wyzwaniem);
  • wracam do książek, które mówią o wartościach, np. do „Esencjalisty” (czuję, że niedługo będzie też „Kochaj ludzi, używaj rzeczy”) albo o terapii akceptacji i zaangażowania. Te książki mnie ratują;
  • otaczam się pozytywnymi historiami – zarówno filmami o zmianach, jak i wywiadami z osobami, które zaczęły coś robić w połowie życia (np. Ewa Woydyłło);
  • robię swoje w sprawie studiów, choćby to był tylko mały kawałek słonia, kawałek uszka – byle sprawy posunęły się naprzód, milimetr, ale zawsze. Jeden akapit książki, jedno zdanie w magisterce;
  • robię sobie self-care, ale nie takie świeczki, wanna, piana, to mnie wkurza. Raczej myślę o kawie w spokoju, słuchaniu (już bardziej optymistycznej) muzyki, czasem maluję paznokcie, bo to jakby znak, że zajebiście ogarniam;
  • piszę; wylewam swoje żale w pamiętniku, wyrzucone boli jakby mniej;
  • głaszczę kota, pewnie częściej niż zwykle;
  • przyglądam się temu, co działa na moją korzyść (doświadczenie, oczytanie, szerokie spojrzenie) – to dobro wynika z mojego wieku;
  • szukam dowodów na sens studiów – na to, co się dobrego stało w moim życiu (ludzie, odkrycia, jak neuropsychologia, listy od czytelników bloga). I na to, co ja sama mogę dać od siebie światu;
  • umawiam się do fryzjera i na hennę.

„Stara baba na studiach” to bardzo krzywa narracja, niesprawiedliwa, załamująca. Gdyby się jej dokładnie przyjrzeć, to ma się nijak do prawdziwego dobra, jakie niesie za sobą piękny, dojrzały wiek. Wiem to na poziomie kory mózgowej, ale narracje wchodzą głębiej. Dotykają emocji. 

Pozostaje robić swoje i zostać dewiantem. Dewiantem, czyli tym, który najpierw odstaje, by ostatecznie zmienić coś w społeczeństwie. Zmienić nastawienie do studiów po 40. a właściwie to już przed 50. Dodać brokatu do naszej cierpiętniczej narracji, do tego naszego mainstreamu.

Obiecałam szczerość. Szczerość to także pisanie o kryzysach. Mam je, bo taką mam narrację, schemat czy jakkolwiek nazwać te bojkotujące myśli. 

Ale ostatecznie robię swoje, bo tak wybrałam.

Jak u Ciebie?

Jaką masz narrację?

Napisz w komentarzu, co leży Tobie na sercu w związku ze studiami.