Wakacyjne wyzwanie – tylko jeden „Blunt” dziennie

Zawaliłam ostatnie dwa miesiące zumby. Z różnych względów. Mam w pamięci, że największy katar nie przeszkadza, gdy się CHCE. A tu, bach, drobny ból w kręgosłupie i już wymówka. Może leń a może ciało się domagało przerwy. Nie będę tego analizować, bo nadmyślenie i rozkładanie na czynniki pierwsze mi nie sprzyja. Tak czy siak zarówno brak zumby, jak i dobre piwko, spowodowało swoje. Teraz czas na podniesienie i nałożenie na łeb korony. Postanowiłam, że od dziś będzie  jeden „Blunt”  na stepperze. Codziennie. Do wyjazdu. Czyli miesiąc. Potem się zobaczy.

Pisałam o tym w poście 3 wyzwania i błyskawiczna motywacja, że chciałabym wzmocnić nogi na stepperze. Nienawidzę steppera. Nuda to jedno. Ja po prostu nie daję rady i tyle. Wszystkie zumbowe kawałki z wysiłkiem na nogi (takim większym, bo wiadomo, że w zumbie to nogi chodzą ;)) są dla mnie katorgą.

Jednak wiem, że samo się nie zrobi. Dyscyplina i orka na ugorze. I małe kroczki. Przy okazji książki Pantalona w głowie pojawiła się myśl, że stepper jest, jest i się kurzy. Wytrwałam na stepperze może ze trzy dni, ale teraz nie widzę już innej możliwości niż zacząć. Płonąca platforma – tak to się fachowo nazywa. Muszę, bo innego wyjścia nie ma.

Wiem jak to jest, gdy znienawidzona minuta ciągnie się w nieskończoność, więc zaczynam czas odmierzać piosenkami Jamesa Blunta z nowej płyty The Afterlove. Zawsze to przyjemne z pożytecznym. No i jakoś trzeba się przygotować do koncertu.

Zatem dziennie  – jeden „Blunt” na stepperze. Ja wiem, że to nic, pikuś, małe miki, ale wielkie zmiany zaczynają się od lilipucich kroczków.

Macie wyzwania wakacyjne?

Małe kroczki czy wielkie kroczyska?