Warsztaty szycia i… moje kompleksy

Warsztaty szycia i… moje kompleksy

Z tą strefą komfortu jest tak, że trzeba poza nią wyjść.  Nie ma taniej zmiany, zmiany bolą i są momenty, że chce się wrócić do punktu wyjścia, gdzie było bardzo wygodnie. To bardzo krótkowzroczne myślenie. Za zmianą, za tą strefą dyskomfortu, czai się przecież nowe. Jakościowo lepsze życie, nowe możliwości, więcej relacji. Dlatego między innymi zdecydowałam się na warsztaty szycia. Czy mogę robić swoje mimo kompleksów?

Jednym z moich największym kompleksów jest to, że bywam w tyle. Oczywiście nikt z moich kolegów ze studiów tego by nie powiedział, ale są momenty, w których czuję, że nie ogarniam, nie pasuję, uczę się zbyt wolno, jestem tępa. Ja wiem, że umysł bezustannie będzie podsuwał takie myśli, taka jego rola, co mocno podkreśla ACT (zachęcam do przejrzenia zakładki „lektury”). Ale co jeśli są mocne przesłanki, by wierzyć, że to wszystko prawda? Ja tak mam, co bardzo utrudnia życie.

Kiedy byłam w szkole podstawowej nie ogarniałam literek, cyferek. Chciano mnie zostawić w klasie. Mam takie przebłyski z tamtego okresu, że coś nauczyciel pisze na tablicy a ja nie wiem co. Skąd mu się nagle to wzięło na tablicy. Nie nadążałam. Jakiś cudem nie zostałam w klasie I, II ani III. Ale w czwartej klasie – ten, kto miał tak ogromne braki, nie miał lekko. Najwyraźniej ogarnęłam czytanie i proste zadania matematyczne, ale w czwartej klasie dla tych, którzy ledwo co nauczyli się tego, zaczęło się piekło.

W szóstej klasie jakby mi ktoś włączył guzik w mózgu i dane zaczęły mi się łączyć w jedną spójną całość. Zaczęłam czytać książki – stały się moja pasją.  Dalej miałam problem z wieloma rzeczami. Nie mogłam pojąc języka rosyjskiego, biologii, geografia i chemia mnie przerastały, wydawało mi się, że podręczniki wykraczają poza moje możliwości.

W siódmej i ósmej klasie miałam świadectwo z paskiem. Nie jakieś 5.0, ale 4.5 z trójami na świadectwie, ale miałam. Została jednak niepewność. Poczucie, że nie łapię szybko nowych rzeczy, że potrzebuję więcej czasu… na wszystko.  I była też nadzieja, że przychodzi moment, w którym łapię.

W liceum nie było różowo, ale dotarło do mnie, że uwielbiam matematykę i język polski a nienawidzę wszystkiego, co wokół. To w  liceum nauczyłam się wielkiej sztuki improwizacji, która teraz niejednokrotnie ratuje mi tyłek. Odkryłam też, że w nocy uczy mi się najlepiej i choć wielu rzeczy nie pamiętam zyskałam poczucie, że jak chcę, to dam radę. Tyle, że dalej potrzebuję na to więcej czasu, niestandardowych metod.

Studia, na których wszystko zależało ode mnie, to już inna bajka. Tyle wyjęłam, ile włożyłam.A że wkładałam w to, co lubiłam, nie miałam poczucia, że jestem gorsza. Ba, staro-cerkiewno-słowiański nie był koszmarem i nadrobiłam cały język łaciński, o którym nie miałam zielonego pojęcia, gdy trafiłam do grupy zaawansowane. Poczucie, że nie nadążam pojawiło się przy okazji języka francuskiego, ale już po pierwszym roku zdecydowałam się na wyjazd stopem do Francji i udało mi się z nauki języka uczynić najpierw życiową konieczność a potem wielką frajdę. Moje życie, moje tempo, my rules.

Z całego okresu edukacji pozostał mi wielki kompleks: nie nadążam jak inni. Coś ze mną nie tak. Ale czy mimo tych uczuć, nie mogłabym jednak żyć jak chcę? Czy mogę przyjąć, że te uczucia będą się pojawiać? Ćwiczenia ACT, które systematycznie robię,  pozwalają mi na to – na posiadanie tych uczuć i robienie swojego.

Pisałam Wam kiedyś o otwarciu na nowe. O tym, że próbuję nowych rzeczy. Po głowie chodziło mi szycie. Z jednej strony drażniło mnie liczenie na wszystkich innych, z drugiej strony miałam poczucie, że to nie może  być aż tak skomplikowane, by przeszyć coś prosto. Ale w tle mój umysł nadawał: pamiętasz jak złamałaś igłę?Znów będziesz w tyle.

Zaprzeszłe zdarzenia mogą zrobić naprawdę ogromne spustoszenie w młodym człowieku. Wiem to, bo  tym właśnie zajmuje się socjoterapia. Odwracaniem spustoszenia. Nie wierzę w to, że stare nie wychodzi – wychodzi. Tak jak wychodzi systematycznie u mnie. Wszystko może mi przypomnieć jak beznadziejnie poszło mi z robieniem sałatki w szkole albo recytacją wiersza. Czy muszę jednak żyć pod dyktando tych wszystkich myśli? Czy też mogę robić swoje. Terapia ACT mówi, że mogę robić swoje – pomimo lęku.

Zapisałam się na warsztaty szycia. Było ciekawie, ale… Usiadłam przy maszynie komputerowej, wszyscy mieli inne. Już umysł zaczął podsuwać negatywne myśli. Zanim się odkręciło – inni przeszywali już swoje wzorki a ja dopiero siadałam do maszyny. Czułam, że nie nadążam, że jestem w tyle. Co z tego, że z powodu okoliczności zewnętrznych? Mało tego – złamałam igłę! Do bani!

Czy to, że byłam ostatnia, że złamałam igłę, jakoś mnie teraz powstrzyma? Wątpię. Wiem, że muszę mieć swoje tempo, swoje warunki pracy i że dam radę. Niech negatywne myśli sobie płyną…. tak działa umysł. Poczucie, że mogę jest ważniejsze niż wszystko inne. Ale żeby do tego dojść, musiałam się przełamać. Ja – odludek, wyszłam ze strefy komfortu i zapisałam się na warsztaty. Pomo lęku.

 

Comments are closed.