Nie umiem wyrzucać rzeczy

W zasadzie to nie umiem wyrzucać rzeczy. Mam takie zrywy –  wielkie wyrzucanie, oddawanie, odgracanie. Najwidoczniej wyrzucanie rzeczy to proces.  A nie jedno wielkie odgracanie.

Znam całą teorię o pozbywaniu się rzeczy. Najtrudniej pozby się pamiątek.  Przeczytałam wiele książek, w których temat pozbywania się pamiątek został poruszony.

Niewiele sobie robię z rad na temat pozbywania się rzeczy. Pozbywam się rzeczy wtedy, kiedy mam w sobie gotowość do ich oddania. Nie zmuszam się w imię idei.

Ale mam teraz taką refleksję, że są rzeczy, których pozbyć się po prostu trzeba. Których posiadanie nie sprawia przyjemności, nie cieszy, ale przypomina, że ktoś nas kiedyś zranił.

Patrzyłam na taką rzecz codziennie, zamiast ćwiczyć swój mózg w łapaniu dobrych chwil, widziałam rzecz, która przypominała mi o zranieniu. Po co?

Miałam w domu maskotkę. Dostałam ja na przeprosiny. Po poważnej kłótni o rzeczy ważne. Nie o pierdoły, z których po czasie można się śmiać. O rzeczy istotne.

Błysnęła myśl, że trzymam w domu potwora, który przypomina jedynie o tym jak bardzo kiedyś zostałam zraniona.

Podzieliłam się tą myślą z M. Kiedy wróciłam któregoś dnia z pracy po prostu wstrętny maskot wybył, wyrzucony do śmietnika przez M.
Wiem, że to co złe, może pojawić się w moich myślach w każdym momencie, niespodziewanie. Dostałam narzędzia, by radzić sobie z tymi myślami. Mogą przypłynąć i odpłynąć, bo ja robię swoje dalej. Razem z bólem, którego doświadczyłam. Jednocześnie, by ruszyć naprzód, warto pozbyć się tych wszystkich rzeczy, które ból przywołują i nie emanują żadnym dobrem.

Dlaczego nie zrobiłam tego sama?