Wyzwanie: walk at home

Mam beznadziejną kondycję i zamierzam ją poprawić dzięki „walk at home”. Pisząc „beznadziejną”, mam na myśli „BEZNADZIEJNĄ”, przez wszystkie wielkie czy duże literki (tak, jestem zarówno za wielkimi, jak i dużymi literkami).

Zdecydowałam się na walk at home z Leslie Sansone.  Jeśli w tej chwili Twoja mina mówi wszystko, czego nie chciałabym usłyszeć o walk at home, to wiedz, że widziałam minę mojego męża i jestem zahartowana.

Chodzenie w domu ma poprawić trochę moją kondycję, bym mogła wrócić na zumbę i zumbę strong vel killer i tam nie wyzionąć ducha 🙂

Póki co zdrowie (nadmiar kilogramów, bolący kręgosłup, osłabienie kresy białej, łupanie w kolanie, astma, wymieniać dalej?) nie pozwala mi na intensywne ćwiczenia i uznałam, że prócz pilatesu potrzebuję czegoś prostego.

Ma być:

  • proste
  • poprawić wydolność
  • wzmocnić nogi
  • zajmować mało czasu (no przecież nie odpuszczę studiów!)

A w ogóle, żeby się samo robiło 🙂 Zależy mi szczególnie na wzmocnieniu nóg, bo bez nich słabo idzie zumba killer 😉

Nie mam oczekiwań, co do wagi. Po prostu chcę poprawić swoją beznadziejną kondycję, by móc tańczyć na zumbie 🙂 Później się zobaczy.

Jakie mam za sobą wyzwania?

Miałam epizod aqua aerobiku i nordic walking a nawet ćwiczeń z gymstickiem. Ale kiedy przez przypadek znalazłam się na maratonie zumby, to się w niej zakochałam. Tak bardzo, że uczestniczyłam w ćwiczeniach na starówce i konwentach.

Wystarczyło jednak trochę odpuścić (pytacie, jak udaje mi się studiować no właśnie tak, coś za coś), by kondycja spadła a potem już sypie się wszystko.

Jeśli chodzi o wyzwania dotyczące aktywności fizycznej takiej w domu, to miałam chodzić na stepperze przy piosence Jamesa Blunta, ale nienawidzę steppera.

Na stacjonarnym rowerze pożyczonym od siostry wisiały torebki.

Lubię hula-hop, ale hulahopowanie w domu słabo mi wychodzi. Zużywa za dużo przestrzeni. I wkurza moją sąsiadkę, bo hula-hop spada.

Ćwiczyłam deskę, ale po przerwie przy robieniu deski, ciśnienie rozwalało mi głowę.

Więc odpuszczałam.

Walk at home

Nie wiem, jak to się stało, ale natrafiłam na Leslie Sansone i jej walk at home. Kobieta jest mega pozytywna a jej „walk, walk, walk” mnie (póki co) bawi 🙂

Słabo z informacjami na temat efektów, ale uznałam, że chodzenie jest naturalne, więc mimo mojej kondycji i złego stanu zdrowia, krzywdy sobie nie zrobię i zaczęłam chodzić.

Leslie Sansone ma różne programy.

Chodzi się milę, dwie, trzy, aż do pięciu. Szybsze, wolniejsze, wzmacniające brzuch. Różne różności.

Mila zajmuje mniej więcej 15 minut.

Mila to jakieś 1,6 km.

Nic wielkiego. Żaden challange. A jednak.

Zaczęłam chodzić z Leslie z materiałami dostępnymi online.

A potem kupiłam płytę. Jedną jedyna dostępną w Polsce: Belly blasting walk. Dwie mile z dodatkowymi ćwiczeniami na brzuch. Super, bo brzuch mi wystaje.

To jest moja pierwsza płyta z ćwiczeniami. Ja wiem, że są różne magazyny i tam różności, że tych filmów jest mnóstwo, ale ja nigdy nie korzystałam z takiej formy.

Kupiłam dvd z walk at home, żebym nie musiała bawić się w przełączanie na duży telewizor mojego laptopa. Żebym miała jak najmniej guzików do ogarnięcia, żebym tym samym miała mniej powodów do poddania się i odpuszczenia.

I chodzę.

Zabawne, że tak jak wygląda mila z Leslie Sansone, tak wyglądała rozgrzewka na zumbie. Przy jednej mili jestem zalana potem, ale u mnie to normalne, po zumbowej rozgrzewce też tak było 🙂

Postanowiłam więc ćwiczyć i ćwiczę.

Jest zabawnie.

Intensywnie.

Ja, kanapowiec, wrak człowieka, daję radę.

Będę raportować, jak mi idzie.

Trzymajcie kciuki.

Dajcie też znać, czy ćwiczycie w domu, czy w ogóle coś robicie ze sobą?