Życiowe kłopoty – zawsze będą jakieś schody

Najtrudniejsze w życiu, to życie zgodnie ze swoimi wartościami. Bo ciągle są jakieś schody do pokonania. Życiowe kłopoty i kłopociki. Jak zalane mieszkanie i rzygający kot, na ten przykład.

Gdybym nie studiowała psychologii, uznałabym pewnie, że dopadło mnie jakieś fatum. Kłopoty się jakby mnożą. Ja rozumiem, że nieszczęścia chodzą parami, ale żeby jak na manifestacji?

Najpierw zalałam sąsiadkę. Ja w pracy, mąż w trasie. Wężyk wystrzelił tak, że nawet w garnkach miałam wodę. Sąsiadce „farfocle zwisały z sufitu” i telewizji nie mogła pooglądać. Sąsiadka z dołu jest specyficzna, znana z całonocnych mantr „wy suki jebane”, które wygłasza do swojej papugi. Więc można sobie wyobrazić, jaka mantra mnie dopadła.

Po mantrze, kiedy emocje już opadły, kazała nam zakręcać wodę, gdy wychodzimy  z domu. Ale jak raz zakręciłam na wakacje, to ją zalaliśmy, bo spółdzielnia źle założyła tę wajchę od tego. Nie chciałam jej mówić, że lepiej może nie i przyjęłam na klatę wszystkie „zabiję Was”.

Potem ześmierdło mi pranie. Ledwo się wygrzebałam ze wszystkich kłopotów z zalaniem, bo zalana była cała chata, szafki, pudła, pudełka trzeba było ogarnąć, to to pranie. No ja nie wiem, czy to pralka, czy połączenie chemii, no lumpem śmierdzi od dwóch tygodni a ja codziennie piorę w innej chemii, żeby to wszystko ogarnąć.

Potem uratowałam dwa kwiaty z pracy. Zaczął się remont i dwa nędzne kwiaty miały wylecieć na śmietnik. Nie mam już miejsca, ale przyniosłam dwa. Więc teraz dawaj, rozsuwać śmierdzące pranie wywieszone na rurze, przebijać się przez kosze z rzeczami wystawionymi na olx, książkami i wciskać te kwiaty na półkę.

Potem (duma miesiąca) ogarnęłam neurologa i alergologa (pani kochana doktor: „odnawiamy stare znajomości?”) i musiałam umówić się na rezonans magnetyczny i rehabilitację. Misja wykonana, ale dzisiaj Pani zadzwoniła z Głogowa, że zamiast skierowania wysłałam jej informację dla lekarza kierującego. Nie szkodzi, jedynie czterdzieści minut stałam na poczcie.

W aucie zaczęło stukać, więc mechanik. Ja nie jestem odważną kobitą, co załatwia wszystkie sprawy z palcem w d…, ale mąż na wyjeździe, więc musiałam się zmierzyć z telefonem od mechanika, do mechanika, jazdą próbną z mechanikiem i przetwarzaniem informacji o stabilizatorach czegoś.

Ze szkoły wezwali. Bo syn dokazuje.

Drugiemu trzeba zrobić urodziny. Odrosty na głowie, więc ogarnąć fryzjera. Wszystko to po pracy. Nie wiem, kiedy choć sałatkę zrobię. Bo mi się jakość dobra nie rozciąga.

Na dodatek rzeczy mi się rozmnażają.

Nie wiem, czy tak dokładnie Wam pisałam, ale od dłuższego czasu mamy w pracy, w moim teamie, takie wyzwanie: zero sklepiku. Robimy sobie śniadania same, żądnej buły nie kupujemy, na obiady nie chodzimy.  Jesteśmy perfekcyjnie przygotowane.

I wtedy ja wymyślam, że potrzebuję inspiracji a przecież zawsze chciałam robić sobie takie obento. W nagrodę za odwagę w pójściu do lekarza (po przerwie) kupiłam sobie książkę „Lunchbox na każdy dzień” i  się inspiruję. Ale oczywiście zaskutkowało to kupieniem nowego lunchboxa i julienne. Minimalizm, że łoj. No ale chyba mam prawo do inspiracji ? 😉

Na każdym kroku coś. Nawet w pracy padł mi telefon. Bo przy przenosinach okołoremontowych kolega zapomniał swojego numeru „call center” i podwędził mi mój. I mojego numeru już dla mnie zabrakło! Cały czas coś! 3 dni panowie próbowali rozwikłać zagadkę. Może to dobrze, bo trafiłby mi się pewnie taki, o którym Wam pisałam w poście „Bomba u Was nie pierdolła?”

Nawet kot dokazuje, ukradł mi pieczone mięso, by je potem wyrzygać.

I teraz: jak realizować życie zgodnie z wartościami, kiedy taki zapieprz, że nie ma kiedy załadować?

No ACTowo jedynie.  Uznać, że życie już takie jest, pełne wstrętnych wężyków, co parcieją i zalewają, prania, rzygających kotów i naszych pomyłek.

A my mamy robić swoje.