Francuzki dojrzewają najpiękniej – Mylene Desclaux – recenzja książki

Pozwoliłam sobie na odstępstwo od moich recenzenckich zwyczajów i tym razem- żadnej psychologii 😉 Dostałam z Wydawnictwa Literackiego książkę „Francuzki dojrzewają najpiękniej” Mylene Desclaux. „Francuzki” czytałam już chyba wszystkie, bo mają styl i koronki i w ogóle są takie całe… z Francji. Więc oto jest recenzja książki o kobiecie 50 plus 🙂

Gdybym miała napisać tylko jedno zdanie o książce, to napisałabym, że to francuska wersja Bridget Jones. Tylko jest jeszcze gorzej (czytaj: zabawnie), bo Mylanie goni czas, więcej zmarszczek, mniej fajnych facetów wokół, kiepskie doświadczenia z randkami w ciemno, żenujące sytuacje, niska odporność na alkohol. I kot w domu, żeby nie było już tak samotnie.

Czy to książka dla mnie? Okazało się, że nie, choć na to liczyłam.  Myślałam, że znajdę jakieś porady o pielęgnacji, tajniki urody czy coś podobnego, ale tego jest niewiele (ale jest). W stylu Melanie: z jajem.

„Stosowanie kremów pielęgnacyjnych to dla mnie sprawa zdrowego rozsądku. Nałóż warstwę tłuszczu na suchą powierzchnię (np. skórzaną), a zrobi się bardziej giętka. Dlatego codziennie smaruję się kremem, który by można nazwać pomadą, tak jest gęsty i  tłusty. Namaszczam się, błyszczę i kleję, kiedy ktoś chce mnie posmarować przed dziesiątą rano, ale lubię czuć się dobrze naoliwiona.”

Mylanie bryluje raczej w innych poradach, damsko-męskich w większości. To porady z humorem i dystansem, na przykład o tym, jak się nie wygadać ze swoim wiekiem 😉 Albo jak zawodzi pamięć. Albo takie myśli, że z tym angielskim, to tak niekoniecznie w tym wieku już nam łatwo pójdzie (strasznie się wkurzyłam przy tym fragmencie, ale też mnie rozbawił).

„Swój poziom koncentracji danego dnia oceniam na podstawie seriali amerykańskich. Zazwyczaj zaczynam bez napisów, następnie włączam angielskie, aż w końcu, przy kolejnym odcinku, decyduję się na napisy w rodzimym języku.”

 

To książka o tym, jak wraz z wiekiem być piękniejszą, bardziej świadomą i szczęśliwszą. Narratorka, nasza bohaterka, jest po pięćdziesiątce i bardzo chce żyć pełnią życia. Tylko się nie składa. I jak to w życiu bywa, kiedy odpuszcza, okazuje się, że znajduje swojego pana Łagodnego, z którym układa życie na nowo.

Nie mam doświadczeń bycia singielką. Nie zdarzyło się po prostu. Nie wiem, jak to jest po latach samotnego mieszkania, zaczynać dogadywać się od nowa z facetem w sprawach błahych i większych. Kompletnie nie wiem, ale zabawnie poczytać.

francuzki dojrzewają najpiękniej recenzja książki

 

Na dodatek jest więcej rzeczy, które nas różnią. Otóż ja się nie zgadzam na pewne odpuszczanie. Źle mi z tym, że Mylanie wspomina o tym, że w naszym wieku już czegoś nie ogarniamy. Ogarniam, ja naprawdę ogarniam. Fakt, zapominam słówek, wzrok nie ten, ale ogarniam excella tyle, ile potrzebuję i jestem otwarta na nowości 🙂

„Na szczęście w swojej nieskończonej dobroci Bóg uczynił pięćdziesięciolatkę dalekowidzem.”

Mylanie napisała książkę raczej dla singielek, po przeżyciach, żeby im pokazać, że życie zawsze można zacząć od nowa i ten optymizm bardzo, bardzo mi się podoba. Co rozdział się modli „o duchu z lampy”, żeby na przykład nie poszło w biodra a potem opowiada historie, których lepiej unikać, jak na przykład palenia trawy i rzygania w towarzystwie.

W większości się z Mylanie nie zgadzam, naprawdę czuję przepaść,  a jednak mogę przyznać, że jest zabawna i jej książka naprawdę może się podobać, bo mi się podoba. Bo choć się z Mylanie nie zgadzam, to bawi mnie styl i opowiastki. I się zastanawiam, czy nie powinna napisać powieści. Byłaby świetna.

I ma, prócz zabawnych historii, sporo refleksji o tym, z czego czerpać energię, gdy wokół smutek albo o odgracaniu szafy. I to są naprawdę dobre rady, pisane od serca i takie spójne z tym, co tu u mnie na blogu serwuję.

Czytaliście?