Minimalizm na nowo

W tym roku odkrywam minimalizm na nowo. Nie żebym kiedykolwiek miała sztukę minimalizmu opanowaną do perfekcji, gdzie tam, nie, jestem ciągle w drodze. Ale w tym roku dostałam kopa. Porządnego. Takiego, który utwierdził mnie w przekonaniu, że gromadzenie gratów nie ma sensu. Że graty to kłopot dla innych. Jeśli mam mieć klamoty – to z głową.

W tym roku przyszło mi porządkować dom moich rodziców. Mama zmarła 7 lat temu,  tata w zeszłym roku.  Po śmierci mamy nie było powodu, żeby zajmować się rzeczami tak „ostatecznie” – ot, wywędrowały z domu jedynie ciuchy.

Po śmierci taty przyszło mi i rodzeństwu zmierzyć się z zostawionym dobytkiem. Mieszkanie zostało wynajęte a zanim to nastąpiło musieliśmy uporać się z górą bardziej i mniej użytecznych rzeczy. Oraz tych, które z niewiadomych przyczyn zalegały szuflady, szafki, pawlacze, schowki…

Zabraliśmy się do pracy metodycznie. Najpierw gromadząc w jednym miejscu rzeczy jednego rodzaju. Trochę chyba jak Marie Kondo. Książki do książek, dewocjonalia do dewocjonaliów, rzeczy bardziej intymne do rzeczy bardziej intymnych, zdjęcia do zdjęć i tak dalej. Pod tym względem ta metoda naprawdę się sprawdziła.

Nie chce powiedzieć, że tak jak radzi Marie Kondo, nawiązywaliśmy kontakt z każdą rzeczą, ale tak poniekąd było. Tyle, że jest nas czworo, mamy różne doświadczenia  z tymi rzeczami, które rodzice gromadzili w domu. Tak, sądzę, że każde z nas miało swój moment załamania, większych emocji.

Przykre jest to, że rzeczy, które zostały po rodzicach, większość tych rzeczy, miały dla nas, dziedziców, znikomą wartość. Emocje wzbudził garnek, w którym mama gotowała najlepsze sosy na świecie, listy brata mamy z AK, jego wiersze, zdjęcia, puzony ojca.

To, co mama uważała za dobry zakup, te wielkie tomiszcza encyklopedii Gutenberga i PWN, ta wydana na nie  fortuna, zalegała na półkach. Nierozpakowane tomiszcza,do których i tak nigdy nie zajrzymy...

Z książkami rozprawiliśmy się gładko. O ileż łatwiej, sprawniej jest odgracać czyjś dobytek! Część książek zabraliśmy, spora część wywędrowała na olx jako „oddam za darmo”. Po rodzicach  zostało stare wydanie Kuchni polskiej i Poradnika medycznego. Stare, naprawdę stare.

My, ja i moje rodzeństwo, nie jesteśmy religijni. Odeszliśmy od kościoła lata temu. Jednak mój dom rodzinny wypełniony był po brzegi obrazkami świętych, papieża, albumów o papieżu naliczyłam chyba z osiem. Piękne wydania. Jednak czy dla nas stanowią jakąś wartość? Czy też lepiej je oddać komuś, dla kogo będzie to skarb? Wszystko, co znaleźliśmy w domu i miało znamiona dewocjonaliów, odkładaliśmy do jednego kartonu, by ostatecznie również oddać za darmo na olx. Warunek: oddam całość. Nie chcieliśmy do tego wracać, oddawać tygodniami. Rzeczy to odpowiedzialność, chcieliśmy zrzucić ją na kogoś, nie przeczę.  Na olx było wielu chętnych, wśród nich starsza Pani, która chciała wszystko. Jestem jej wdzięczna.

Nie mieliśmy sentymentów z tonami obrusów, firan, pościeli. To, co dla nas przydatne rozdzieliliśmy między siebie, reszta została wyniesiona do kontenera PCK. Ile obrusów, firan, pościeli, ręczników może zgromadzić rodzina mająca jeden duży stół, jedną ławę, trzy okna i trzy łóżka? Nazbierało się tego sporo.

Nie chcę wcale pisać o szczegółach. Jednak w pewnym sensie muszę to z siebie wypluć. Zbieranie świątecznych kartek od osób, które nic nam nie mówią. Szuflady z wypisanymi długopisami. Zdekompletowane cyrkle, przydasie. Cud jakiś, że nie znalazłam butelek, tak jak Lidia Flem, o której książce pisałam w poście Jak likwidowałam dom moich rodziców. Ale kto wie, nie zeszliśmy do piwnicy.

Te kilka spotkań, by odgruzować mieszkanie rodziców, uświadomiło mi jak ważne jest stałe, codzienne pilnowanie, by nie utonąć pod rzeczami. Rzeczami, które dla innych będą bezwartościowe. Jak ważne jest spojrzenie z drugiej strony – tych, którzy po nas będą robić porządek. Jak głupie jest to, że ulegamy zachciankom (jak i ja uległam przywożąc z Berlina kubki), które nie stanowią żadnej wartościowej spuścizny.

Odkrywam minimalizm na nowo. To minimalizm w wersji „myśl o tych, co zostaną”. A jeśli myśleć o tych, co zostaną, to wiele zmienia. Nie chodzi o to, by nie zostawić listów wujka a raczej o to, by zapanować nad zachciankami, pilnować, by to, co zostanie było użyteczne, cenne, piękne, ale w uniwersalnym zakresie. Jak mała czarna, zloty pierścionek czy pieniądze.

Ileż swoich błędów widzę! Ileż bezmyślnych wydatków! Zachcianek! Te kilka spotkań rozciągniętych na tygodnie dało mi kopa. Nie, nie chcę zostawić moich chłopców z tym wszystkim.