Utrudnianie sobie życia

Czy macie skłonność do utrudniania sobie życia? Przyznam się, że utrudnianie sobie życia, jest mi bliskie. To cała ja!

Zdarza mi się w wkręcić w coś, co potem ma wpływ na to, jak realizuję to, co sobie założyłam długoterminowo. Jak studia psychologiczne, które trwają 5 lat.

Idealnie byłoby pozbywać się tego, co utrudnia realizację długofalowego planu –  do tego zmierzam. Staram się dbać o to, by bez stresu móc realizować marzenia, by nic mnie od nich nie odciągało:

  • minimalizuję szafę, biblioteczkę – mniej gratów, mniej sprzątania i dbania
  • usprawniam sprawy domowe (drobnostki jak przyszycie zawieszek do ręczników, które dotąd spadały z haczyków)
  • wyczytuję czytnik i biblioteczkę

Oczywiście nie da się przewidzieć wszystkiego, ale miło, kiedy człowiek ma po prostu mniej na głowie, by zająć się TYM, CO NAPRAWDĘ WAŻNE.

Nie da się jednak żyć bez spontanu. Bez pomysłów, bez idei fix. Więc i ja mam takie, a jakże. Częściej niż inni. Refleksja, że utrudniłam sobie życie, przychodzi po czasie. BTW, moja starsza siostra mówi, że ktoś mądry kiedyś powiedział, że kiedy wreszcie nauczymy się wszystkiego o życiu, przychodzi pora na umieranie. No kurdę! Wiecie, kto to powiedział?

Reasumując: utrudnianie sobie życia to moja natura. Że utrudniam sobie życie, orientuję się zwykle po czasie. Ach te żale…

Dobrze, że mam syna z Zespołem Aspergera. Zawsze szczery i logiczny, wyleje mi na głowę kubeł zimnej wody właśnie wtedy, gdy tego najbardziej potrzebuję!

Zobaczyłam w kwiaciarni na starówce pięknego kaktusa.  Właściwie oglądam go regularnie. To taki kaktus z Dzikiego Zachodu, wiecie, taki z Tytusa, Romka i Atomka na Dzikim Zachodzie. Wysoki kaktus. Piękny kaktus! Kaktusicho.

Jeny, jak on pięknie by wyglądał u mnie w domu! Cudo.

To nic, że mam kilka aloesów, drzewka szczęścia i już nie ogarniam towarzystwa. To didaskalia.

– Jeny, będę hodować kaktusy. Poproszę tatę, żeby mi na urodziny kupował kaktusy, zamiast czekoladek – mówię do Syna.

– Tylko ty potrafisz tak sobie utrudniać życie. Chcesz hodować kaktusy a potem będziesz narzekać, że musisz się nimi zajmować.

Wypisz wymaluj ja. Zwłaszcza, gdy kumulują się zajęcia 🙂 Kwiaty są wtedy takim moim wyrzutem sumienia. Patrzę znad książek i widzę, że się proszą o prysznic, że wołają o rozsadzenie.

Co będzie, gdy zacznę hodować kaktusy? Czy utrudnię sobie życie?

Czy też będę miała, gdzie popatrzeć, by oko odpoczęło?

Patrzę na moje kwiaty, są krnąbrne, ciągle je rozsadzam a jak coś odpadnie, to żal mi, bo przecież mogłoby się ukorzenić.

Więc jest to pewien kłopot.

Mieć ciastko i je zjeść.

Mieć kaktusy i jednocześnie nie musieć się nimi zajmować.

Czy utrudniacie sobie życie?

Dostrzegacie, kiedy sobie utrudniacie życie?

A może nie zdarzają się Wam takie historie?