Szczęście w czasach zarazy – samodyscyplina i rytuały

Na siódmym piętrze kobieta ćwiczyła. Mała powierzchnia balkonu nie przeszkodziła jej w wymachiwaniu rękoma i podskokach. Podziwiałam jej samodyscyplinę, bo ostatnio zwolniłam. Dziś na przykład wylegiwałam się w łóżku, by dośnić sen, którego resztki błąkały się pod powiekami. Byłam ciekawa, co w moim nierealnym świecie się zdarzy. Żadna to droga do sukcesu. Brian Tracy z pewnością powiedziałby, że tak robią nieudacznicy: dosypiają już zużyte sny. Coś w tym jest, samodyscyplina i rytuały bardziej mnie uszczęśliwiają niż dooglądane resztki snów.

Samodyscyplina i rytuały. Jakby tak trochę zgrzytało między słowami. A jednak …

Rytuały w czasach zarazy

Ostatnio trochę czytałam o rytuałach. „Prostotę. Siłę codziennych rytuałów” Brooke McAlary na przykład. Nie znalazłam w tej książce jednak jakieś pięknej definicji rytuału, choć koncept rytuału i rytmu bardzo mi leży. Piękną definicję znalazłam za to w książce „Slow sex”.

„Rytuał to niecodzienność zjawiająca się w codzienności na mocy naszej decyzji. Nadajemy własne znaczenia wydarzeniom, które są zwykłe, właśnie po to, żeby każdemu kolejnemu ich przeżywaniu towarzyszyła ekscytacja i odczucie nowości.”

„Slow sex. Uwolnij miłość”, Hanna Rydlewska, Marta Niedźwiecka

Kiedy nie wiadomo jak będzie, docierają statystyki, rytuały nadają codzienności nieco blasku. Jakby się tak na chwilę znaleźć w oku cyklonu, gdzie cisza i spokój. A na zewnątrz doniesienia o nowych przypadkach, zgonach i obostrzeniach. Nie chodzi o to, żeby się wyłączyć i mieć „wyjebane”, ale o to, by złapać oddech. Kontakt ze sobą. Czy światu ubędzie, że wypiję herbatę robiąc z tego rytuał? Oczywiście, zgadzam się, „nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”, ale sprawy tak daleko jeszcze nie zaszły, jeszcze mogę wypić kawę w ciszy. 

samodyscyplina i rytuały

Samodyscyplina w czasach zarazy

Mam głębokie przekonanie, że samodyscyplina trzyma nas w pionie, kiedy wszystko zawodzi. Dziś nie wykazałam samodyscypliny, tłumacząc to sobie tym, że ciało zmuszone do ogarniania bycia online, zaprotestowało. Nie zdawałam sobie sprawy, że studiowanie online mnie tak zirytuje. Że nieprzygotowane, nieintuicyjne platformy uczelni będą mnie tak wkurzać. I że potrzebuję ciszy.

Wierzę w samodyscyplinę bardzo mocno. Jest wymiarem świadomego życia, jednego z 6 filarów poczucia własnej wartości, jak pisze Nathaniel Branden. Świadome życie jest wtedy, gdy wiemy, do czego dążymy, mamy cele, wartości. Jednak by osiągać cele potrzebna jest samodyscyplina. Bo, jak lubię sobie powtarzać: „Uczyniwszy na wieki wybór, każdej chwili wybierać muszę”.

„Celowe i efektywne życie wymaga pielęgnowania w sobie dyscypliny. Dyscyplina wewnętrzna jest umiejętnością zorganizowania swoich zachowań w czasie w celu realizacji określonego zadania.”

„6 filarów poczucia własnej wartości”, Nathaniel Branden

Samodyscyplina jest potrzebna, gdy dokonaliśmy wyboru i postawiliśmy sobie cele do osiągnięcia. Kiedy dziś wylegiwałam się w łóżku, całkiem bez sensu usiłując dośnić sen, nie postarałam się. W żaden sposób nie przybliżyło mnie to realizacji wartości, do osiągnięcia celu. Mogłam wstać bez tych prób dośnienia tego, co już minęło i wziąć się za lekturę książki o uzależnieniach behawioralnych (bardzo ciekawej zresztą…). Nie, ja dosypiałam sen, którego cień jedynie się gdzieś błąkał. Sny zresztą… sny bardzo mnie kiedyś interesowały. Uważam, że świetnie pokazują, co w duszy gra… lęk, złość… Może dosypiałam, chcąc dowiedzieć się czegoś istotnego?

Samodyscyplina jest ważna. Nie wiem, czy czasem nie najważniejsza, gdy chodzi po poczucie własnej wartości. Odhaczanie nawet małych rzeczy do zrobienia, daje poczucie, że mamy kontrolę. A kiedy „zewnętrza” kontrolować nie możemy, to panowanie nad drobiazgami redukuje poziom lęku. Pisałam kiedyś w którymś poście – na małym się czołgaj, na małym, żeby uwierzyć, że możesz osiągać cele.   Po prostu pościel łóżko… Odstaw kubek do zmywarki, poukładaj pranie, niech nie leży w koszyku. To moje „ćwiczenia”. Na tym się czołgam. 

 

„Jeśli nie potrafisz dobrze wykonać drobnych czynności, to nigdy nie osiągniesz wielkich celów.”

„Make your bed”, William H. McRaven

 

Na dodatek, gdzieś w mózgu, zostają nowe ślady. Ślad, że potrafisz, że  nie jesteś, jak Tracy lubi mówić, nieudacznikiem. Zadziwiające jak  wielkie znaczenia mają małe rzeczy. Odniesienie kubka do zmywarki, poskładanie prania od ręki.  A to wszystko potem jakby się rozciągało na nowe obszary.

Samodyscyplina, jak pokazują badania, jest bardzo wysoko skorelowana ze szczęściem. Im wyższy poziom samodyscypliny, tym większe subiektywne poczucie szczęścia. Nie znaczy to oczywiście, że podrasujesz dyscyplinę wewnętrzną i oto voila: szczęście. Ale może właśnie to poczucie, że kontrolujesz świat, że panujesz nad swoim kawałkiem podłogi tak uszczęśliwia?

Coś w tym jest, samodyscyplina i rytuały bardziej uszczęśliwiają niż dooglądane resztki snów.

Jak myślisz?